Ranek przywitał Feliksa pogodą idealną. Widoczny gołym okiem balans między słońcem a chmurami wprawił konsultanta w doskonały nastrój. Nie ma nic gorszego niż kilka chmurek na niebie albo deszcz z prześwitami słońca.
Po idealnym śniadaniu Feliks wyszedł na podjazd, na który dokładnie o 8:00 wjechał jego samochód. Konsultant zajął swoje miejsce i oznajmił, że dziś przesłuchają wszystkich świadków. To znaczy – on przesłucha, Rita zanotuje, a Tomasz przeprowadzi dokładne analizy zebranych wczoraj dowodów. Największą uwagę miał skupić na pestkach dyni i mysich włosach.
Kierowca odstawił Paluchowskiego do laboratorium, a Konsultanta na komendę. Rita nie była zachwycona, ale na szczęście jej pióro było wypoczęte i mogło notować samo.

Najpierw zjawili się muzycy z Bremy. Feliks wziął ich na początek, bo nienawidził disco polo ani popu, ani w sumie żadnej muzyki rozrywkowej. Nie rozumiał co kobiety (i mężczyźni też) widzą w tych dziwnych istotach szumnie nazywających się „muzykami”. Ale wiedział, że musi przebrnąć przez ich zeznania, bo jako jedyni na zabawie byli trzeźwi. Zadawał kolejno te same pytania:
– Czy pamiętasz, jak tajemnicza blondynka pojawiła się w remizie?
Pośród niezliczonych „yyyyy” i „eeeee”, uchów, echów i achów wyłowił tylko odpowiedź, że nikt nie zauważył, kiedy kandydatka na synową dyktatora się pojawiła. Ani jak dotarła. Ani z kim, ani czym. Wszyscy jednak pamiętają oszałamiającą niebieską suknię, w której blondynka wyglądała jak świętojańska nimfa. I miała piękne oczy, i pokaźny biust, i kibić jak u osy. Tyle, że Feliksowi te dane niczego nie dawały. Z ulgą odesłał muzykantów i zaczął przesłuchiwać uczestników zabawy. Ale i od nich niewiele więcej się dowiedział. Wszyscy mężczyźni zgodnie zapamiętali wymiary piękności, ale jakoś nikt nie zwrócił uwagi na twarz. Z kolei kobiety zgodnie twierdziły, że na pewno nie grzeszyła inteligencją, co można było ewidentnie wywnioskować z jej talii, biustu i długich nóg, a także z faktu, że próbowała niepostrzeżenie sprzątać. Takie widać miała nawyki, a to definitywnie przesądzało o jej braku wykształcenia.
Feliks wyraźnie się irytował. Spędził pół dnia z tabunem ludzi i nie dowiedział się niczego nowego. Aż wtedy do salki przesłuchań wszedł znany w całym województwie pijaczyna Wędrujący Kuba i zaczął bredzić coś o myszach, które wskakiwały do dyni. Następnie stwierdził, że kryształ, kiedy blondynka uciekała, zaczął się skrzyć i w środku było widać skrzydło. Blond piękność wyszła sama, ale strasznie się spieszyła, bo ją te myszy goniły. Tego był pewien.
Rita wywracała oczami, ale konsultant wreszcie wpadł na jakiś trop. Już wiedział, że będzie musiał zajrzeć do półświatka, bo ta cała historia mocno trąci czarami. I właśnie zeznania Kuby, wzięte wpierw za pijackie zwidy, okazały się najbardziej pomocne.

Feliks odesłał resztę świadków do domu, bo wiedział, że niczego nowego do sprawy nie wniosą. Dobrze wiedział, że sprawa jest prostsza, niż się wydaje. Musiał tylko porozmawiać z kilkoma indywiduami. Najpierw kazał się zawieźć do laboratorium. Tam czekał już technik z informacją, że myszy, które zgubiły włosy, są wyjątkowo zadbane, dobrze odżywione, a także prawdopodobnie noszą ubrania, bo we włosach były resztki włókien. Pestki dyni były świeżo wydrążone ale z zeszłorocznej dyni. A blond włos jest najprawdziwszy na świecie, zadbany, ale nie miał kontaktu z żadnymi „rynkowymi” kosmetykami. Ot, zwykła woda, olej, wywar z pokrzywy, ocet i co tam jeszcze można w domu znaleźć.
Feliks już wiedział, że arystokratka (w to nie wątpił ze względu na dyskrecję, wyczucie smaku sposób poruszania się) nie jest bogata, więc technik i tym razem nic nowego nie odkrył. Jednak zostawił Ritę, żeby dokładnie spisała raporty z laboratorium, a sam udał się na ulicę Przekątną, gdzie siedzibę swojego„królestwa” jak zwykł mówić o swoim gangu, miał półczarodziej Mysikról.

Feliks już wczoraj podejrzewał, że znów będą musieli się spotkać. Teraz był tego pewien.
Jak zwykle do spotkania nie mogło dojść ot, tak, po prostu. Feliks musiał przynieść wyjątkowo trudną łamigłówkę, żeby Mysikról chciał z nim w ogóle rozmawiać. Nie było to łatwe zadanie. Ale Feliks jakiś rok temu nawiązał współpracę z grupą szukającą śladów Wielkiego Bizona na ziemi. Grupa ma duże problemy z rozwiązaniem szyfrów, łamigłówek i śladów pozostawionych przez Wielkiego Bizona. Feliks zanosi je Mysikrólowi, ten je rozwiązuje, rozmawia za to z Feliksem, a Feliks z kolei oddając rozwiązanie w ręce wyznawców Wielkiego Bizona, staje się dla nich niekwestionowanym guru i czerpie z tego powodu liczne profity i przywileje. Bo wśród wyznawców Wielkiego Bizona są i prawnicy, i lekarze, i bankierzy, a nawet ulubiony fryzjer Pirueta.


Po wymianie grzeczności i rozwiązaniu szyfru zawartego w świętej księdze bizjonistów (co trwało dokładnie siedem minut), Feliks zadał pytanie dotyczące tajemniczych myszy w dyni. Mysikról się zasępił.
– Wiem, słyszałem o tym. To na pewno nie moi chłopcy. Ktoś obcy wchodzi na mój teren. I to na pewno są czary. Pełne czary, a nie takie, jak moje – odparł.
Feliks niczym nie zrażony, poszedł dwa domy dalej, do swojego serdecznego przyjaciela. Odkąd rozwiązał sprawę kłamstw w półświatku, zyskał w Cesaryńskim naprawdę dobrego kompana. I wiedział, że zawsze może na niego liczyć w trudnych, magicznych sprawach. Ten obiecał, że rozpuści swoje słowiki, żeby się zorientowały co to za nowe czary i kto za nie odpowiada.
Feliks spokojnie wrócił do laboratorium, pozbierał swoich ludzi i poszedł upewnić się, czy Kozłonogi prowadzi swoje śledztwo. Okazało się, że inspektor właśnie przesłuchiwał małżeństwo Kaczyńskich, którzy podobno znęcali się nad jednym ze swoich synów za to, że był wyjątkowo brzydki. Tak, Feliks wiedział, że inspektor nie grzeszy rozumem… Spokojnie mógł iść spać, bo reporterzy ciągle zastanawiali się, czy to nie córka Kaczyńskich była ową pięknością z balu. Wszakże syn był wyjątkowo brzydki, ale córki naprawdę wyglądały zjawiskowo.

Kategorie: osobiste