Rozdział 2

Trwało to kilka dni, bo albo Feliks się nie wyspał, albo znalazł uschnięte źdźbło na swoim idealnym trawniku, albo jajko na miękko nie było idealnie miękkie… Zawsze coś go wytrącało z równowagi. I już wiedział, że tego dnia nic nie zrobi.

W tym czasie, w mediach aż iskrzyło od teorii spiskowych. W każdej stacji pokazywano portret pamięciowy zaginionej piękności, a każdy z portretów był inny. Różni eksperci wypowiadali się na ten temat. Część twierdziła, że to agentka ze wschodu. Inni, że z zachodu, jeszcze inni, że to wysłanniczka z asteroidy B-612. Co prawda Feliks wiedział, że mieszka tam Róża, ale ona od dawna jest śpiochem, bo nikt nie mógł sprostać jej wymaganiom (krążyły nawet pogłoski, że kilku przydzielonych jej partnerów popełniło samobójstwo) i po cichu, po kolei wszyscy rezygnowali z jej usług. Feliks nie wierzył, że ktoś ją aktywował. Agentka – owszem. Ta wersja jest dość prawdopodobna. Ale pytanie brzmi – czyja agentka? Czyżby na pewno któregoś z ościennych imperiów? Elżbietę wykluczył definitywnie. Przez ostatnich kilka dni nadal w pełni trwało lato. Żadnych anomalii pogodowych nie zauważono. Ten trop był zły.

A może to nasza, własna, opozycyjna, podziemna? Co prawda, niewiele osób wierzyło że opozycja istnieje, ale Feliks wiedział swoje. Zajmował się przecież już sprawą Krawca i Miarowskiego, którzy chcieli ośmieszyć dyktatora dając mu w prezencie nowe szaty, prześwitujące w miejscach intymnych. Sprawa nie wyciekła do mediów, bo Architorzak zdążył się w nie wystroić i pokazać oficjalnie. Każdy dziennikarz, który to widział, musiał złożyć przysięgę milczenia. Inaczej mógł trafić (oczywiście po ustawionym procesie) do więzienia zarządzanego przez tę babę, Jagowską. Wszyscy znali to więzienie. Z zewnątrz pięknie – w mieście nawet uchodziło za jedną z lepszych cukierni, bo więźniowie w ramach resocjalizacji piekli ciasteczka… A w podziemiach… aż strach myśleć. Feliks wolał nie dopytywać, ale miejska plotka głosi, że Jagowska nawet niektórych zjadała na śniadanie. Fakt jest taki, że niewielu stamtąd wychodziło żywych, a nieliczni, którzy wyszli, do końca życia nawet czarnych myśli nie mieli.
Opozycja istniała, miała się całkiem dobrze i od dawna planowała przejęcie władzy. Piruet wiedział nawet, że mają swojego człowieka w fasadowym senacie. Wysoko postawionego. Senator Wężowaty robił wiele, ale po cichu i powoli, żeby poplecznicy dyktatora się nie zorientowali.  Feliks podniósł słuchawkę swojego bakelitowego telefonu i powoli wykręcił numer 663114588.

Numer idealny. Dźwięczny, spójny i taki rytmiczny… Tylko dlatego dzwoni do Kozłonogiego i tylko dlatego przyjmuje tylko od niego zlecenia. Kozłonogi odebrał, a Feliks nie bawił się w żadne grzeczności.
– Potrzebuję samochód, ten co zwykle. Kierowcę. Tę dziennikarkę, Ritę. Ona najszybciej notuje. I Tomasza Paluchowskiego. Pracuję tylko z technikiem, który jest rzetelny. W samochodzie mają być rękawiczki. Białe, nie lateksowe, tylko nitrylowe, zestaw do zbierania śladów, cztery porcje indyka w puszce…
Kozłonogi nie słuchał. Wiedział doskonale czego oczekuje konsultant. Zawsze chciał tego samego samochodu, tego samego zespołu ludzi, tego samego wyposażenia, czyli pół bagażnika laboratorium i pół bagażnika prowiantu i wody, na wypadek, gdyby gdzieś utknął w lesie na kilka dni. Nigdy jeszcze nie utknął, ale zawsze miał wszystko przygotowane. Samochód i ekipa gotowi byli w sumie od pięciu dni. Czekał tylko na telefon. Myśli Kozłonogiego krążyły wokół budżetu. Feliks jest niebotycznie drogi. Ale jest też najlepszy i jeśli ktokolwiek ma rozwiązać tę sprawę, to tylko Feliks Piruet. Niepisane zasady są proste – Inspektor prowadzi swoje śledztwo daleko od Konsultanta, bierze na siebie media, podrzuca im fałszywe tropy i przede wszystkim pilnuje, żeby Feliksowi nikt nie przeszkadzał. Dostaje tego kurdupla technika, Ritę, która przestała pisać do gazet, tylko bacznie obserwuje konsultanta, a potem wszystko opisuje i sprzedaje jako powieść kryminalną, oczywiście pod swoim nazwiskiem, nie dzieląc się tantiemami z nikim. Ostatnio nawet Kozłonogiemu udało się zatrudnić kierowcę, który miał być świadkiem koronnym w sprawie mafii srebrniakowej, ale mafia dopadła go pierwsza i obcięto mu język. Facet już niczego nie zeznał, bo nie mógł mówić, to i świadkiem koronnym nie mógł być. Nie mógł biedaczyna znaleźć roboty, a do wożenia Pirueta był idealny. W takich warunkach Feliks zawsze rozwiązuje zagadkę, tłumaczy wszystko inspektorowi, a ten łaskawie bierze na siebie cały splendor i chwałę, a i nierzadko premię.


Kiedy Feliks skończył swój wywód, co trwało jak zwykle 2 minuty i 37 sekund, inspektor tylko odpowiedział:
– Za 20 minut samochód będzie pod Twoim domem.
Dokładnie 15 minut zajęło mu wykonanie telefonów do ekipy i podjechanie pod dom Feliksa gotowym autem. Inspektor brał zawsze pięć minut poprawki na dojazd, bo czasem były korki, czasem padał deszcz… a czasem wszystko było OK i wtedy ekipa musiała czekać pięć minut dwie przecznice dalej, bo u Feliksa musiała być idealnie na czas. Feliks z zadowoleniem odłożył słuchawkę. Lubił tego inspektora. Co prawda, rozumem nie grzeszył, bo swoje śledztwo zawsze prowadził nie tam, gdzie trzeba, a kiedy już Feliks uwinął się z zadaniem, to Kozłonogi rozmawiał z tymi okropnymi reporterami i tłumaczył ludziom, o co chodziło w sprawie.  Feliks mógł się relaksować przy pisaniu raportów i katalogowaniu sprawy i nikt mu nie przeszkadzał. Nie musiał nikomu nic tłumaczyć. Poza Kozłonogim oczywiście, ale przynajmniej robił to tylko raz i tylko dlatego, że szczerze lubił tego głuptaska. Żaden reporter, poza Ritą, nawet nie wiedział o jego istnieniu. Ritę tolerował. Tylko dlatego, że notowała szybko i czytelnie, i nie wtrącała nic od siebie. Dzięki temu mógł się najpierw skupić na pracy, a potem porządkować myśli dobrymi notatkami. Ta niezbyt rozgarnięta Rita nic z tego nie miała. W sumie odkąd pracowała z Feliksem, to nawet do gazet nie pisała. Tylko, podobno, powieści detektywistyczne. I podobno nawet nieźle na nich zarabiała. Feliks zastanawiał się, jak to możliwe. Kto w dzisiejszych czasach czyta jakieś powieści detektywistyczne? Przecież to nikogo nie interesuje. Rita była po prostu dziwna. Nie podejrzana, bo Feliks sprawdził ją do piątego pokolenia, ale jakaś taka… Feliksowi kilka razy wydawało się, że tylko udaje, że notuje, a tak naprawdę ma wokół siebie zaczarowane przedmioty – np. pióro – i dlatego jest taka dobra w notowaniu.

Do swojego zespołu brał zawsze jeszcze Tomasza. To technik. Najlepszy. Potrafił zebrać ślady ślady, nawet z najbardziej zanieczyszczonego miejsca zbrodni. Niektórzy się śmiali, że to ze względu na jego niski wzrost – nadrabia nadgorliwością. Ale Feliks wiedział po prostu, że jest wyjątkowy. Zupełnie jak on. No i kierowca. Najlepiej, żeby się w nic nie wtrącał. Ostatnio dokładnie taki z nim jeździł i Feliks był za to ogromnie wdzięczny inspektorowi.
Samochód podjechał idealnie po dwudziestu minutach. Jak zawsze. I Feliks dokładnie sprawdził jego zawartość. Jak zawsze. Sprawdził dokumenty ekipy, sprawdził czy ich zdjęcia są aktualne. Nie protestowali. Jak zawsze.  Piruet jak zawsze wsiadł do auta, przedstawił się, poinformował wszystkich, że jest bardzo złym szefem i żąda dokładnego wykonywania poleceń. Grupa grzecznie wysłuchała, potwierdziła, że zrozumiała i dokładnie godzinę i czterdzieści pięć minut od podjechania pod dom konsultanta zaczęła swoją kolejną przygodę.

cdn…