Podczas wakacji napisałam opowiadanie, dzięki warsztatom i inspiracji Kingi Willim. Ponieważ tekst jest dość szczególny, pełen nawiązań do (trzydziestu siedmiu) innych opowieści, a mój mąż Irys, podjął się narysowania ilustracji, postanowiłam się nim podzielić tutaj, a nie chować go do szuflady. Oczywiście prawa autorskie zarówno do tekstu, jak i ilustracji, należą do nas. Miłej lektury!

Rozdział 1

W biurze jak zwykle panował idealny porządek. Feliks nigdy nie przyjmował kolejnej sprawy, dopóki nie uporządkował i nie skatalogował poprzedniej. Dopiero kiedy rozwiązał sprawę, napisał wszystkie raporty, nadał jej numer, przyporządkował odpowiedni kolor teczki (wiadomo – czerwony – zaginięcie, zielony – morderstwo, niebieski – kradzież itd.), brał kolejne zlecenie. Oczywiście, o ile nadanie numeru sprawie nie sprawiało żadnych problemów, to Feliks musiał przemyśleć wiele innych kwestii. Wszystko miało znaczenie – motyw, okoliczności, główny zleceniodawca i wykonawca zbrodni. Np w przypadku porwania dla okupu czasem dochodziło do morderstwa ofiary, a czasem zleceniodawcy, a czasem ktoś kradł okup. Wtedy trzeba było ustalić co w tym wszystkim było najważniejsze.

Teraz właśnie zamykał sprawę pewnego gospodarza z Podlasia, dotyczącą zaginięcia trzech tuczników które przerobił na wędliny jego sąsiad Wilkowski (ale na szczęście nie wszystkie zdążył zjeść). Feliks jednak nie mógł się skupić i był naprawdę wściekły, ponieważ jego staromodny, zielony, bakelitowy telefon stacjonarny wydzwaniał od kilku godzin. Przecież Inspektor Kozłonogi dobrze wiedział, że nie wolno mu dzwonić, dopóki poprzednia sprawa nie zostanie definitywnie zamknięta. W innym przypadku robił się straszny chaos, a w takich warunkach Feliks nie mógł pracować. Nie rozwiązałby wtedy sprawy zaginięcia blondynki, którą uprowadzili bracia Misiewscy, ani chłopca o oślim spojrzeniu uwięzionego w muzeum wielorybnictwa. Czy nawet, a może przede wszystkim, wstrętnej Gertrudy, która uzależniała wszystkie ciężarne kobiety w okolicy od nielegalnego zielska. 

Telefon wciąż dzwonił. To mógł być tylko inspektor Kozłonogi. Tylko on znał numer Feliksa. W końcu prywatny konsultant do spraw kryminalnych podniósł słuchawkę i odłożył ją na biurku. Nie zamierzał podnosić jej do ucha. Pomyślał, że w ten sposób pozbędzie się natręta. Ale nie udało się. Pomimo faktu, że nie raczył przyłożyć słuchawki do ucha, usłyszał błagalny krzyk inspektora:
– Felusiu! Feluniu!
Feliksa przeszły dreszcze, które poczuł nawet we włosach. Ma na imię Feliks, a nie żaden Feluś ani tym bardziej Feluń!!! Najgorsze uczucia zaczęły w nim wrzeć! A tymczasem ze słuchawki słyszał dalej:
-Feluniu najdroższy! (owszem, do tanich nie należał – uśmiechnął się złośliwie pod nosem Feliks) – Wiem, że tam jesteś i mnie słyszysz! Ratuj mnie, błagam! Syn najmiłościwiej-nam-panującego-niech-go-szlag dyktatora zakochał się w jakiejś panience ze strażackiej imprezy disco-polo! Laska wzięła się nie wiadomo skąd, zniknęła nie wiadomo gdzie, zostawiła tylko jakiś kryształ, na którym nie ma ani paluchów, ani DNA, ani nawet śladu zapachowego! Wiem tylko, że to była blondynka w niebieskiej kiecce i w koronkowych rękawiczkach.  Zaintrygowany Feliks, pomimo swojej wściekłości, podniósł słuchawkę bliżej ucha i zadał jedno pytanie
-Czy wkoło remizy zaczął padać śnieg?
Inspektor najpierw odetchnął z ulgą, że Feliks jednak słucha, a potem szybko odparł
– Przecież jest środek lata… – chciał to wykrzyczeć, ale znał Feliksa od lat i wiedział, że nawet najgłupsze pytanie zawsze ma jakiś sens, dodał więc szybko – nie, nie padał śnieg. Poza tym nic nie wiem. Monitoringu nie ma po tym, jak Gru i jego minigang techników chciał odzyskać nagranie. Wszystko pali im się w rękach. Nie mam nic! Błagam, pomóż… Góra ciśnie, służby cisną, jakaś agentka w czerwonym płaszczu z koszem słodyczy kręci się pod moim domem… Ja mam dzieci, wiesz przecież. Siódemkę! Prosiłem żonę, żeby, póki co, nie chodziła codziennie na targ, ale nie wiem, ile to potrwa. Feliks w milczeniu przeżuwał ostatnie zdanie. W końcu, ze stoickim spokojem, chociaż nadal w nim kipiały emocje, odparł:
– Nie skończyłem jeszcze sprawy nr 377. Jak ją zamknę, to się odezwę.
Ale już wiedział, że tak szybko sprawy nr 377 nie zamknie. Jego myśli już błądziły wokół blondynki z dyskoteki. Na wpół zjedzone prosiaki z Podlasia poszły na boczny tor. Czyżby Elżbieta miała jakieś niezałatwione interesy w naszym imperium? Odkąd dogadała się z Anną i Krzysztofem, zawsze pracowali we troje. Może coś się stało i się rozdzielili? A może to dopiero początek serii dziwnych wydarzeń, które tylko on, Feliks Piruet, mógł ze sobą powiązać? Znów się nie wyśpi i będzie musiał czekać na idealny dzień, żeby zająć się sprawą. 

Był spokojny. Kozłonogi sobie poradzi. Architorzak nie będzie szczędził pieniędzy ani na nurków, ani na grotołazów, ani nawet na lustrowidzów, żeby odnaleźć nową ukochaną syna. Kozłonogi będzie grał na zwłokę, aż Feliks będzie gotowy. Tego był pewien.

Kategorie: osobiste