W tym roku, o około miesiąc wcześniej niż zwykle, bo wiem, że sierpień będzie bardzo intensywny. Ale najwyższy czas na ogarnięcie tematu postanowień noworocznych. Tak, tak. Dobrze czytasz. Koniec, czy początek roku, czy w ogóle jakakolwiek data,, to jest kwestia absolutnie umowna. „Nasza” noc sylwestrowa i Nowy Rok naprawdę nie ma nic wspólnego np. z chińskim Nowym Rokiem. Boże Narodzenie jest obchodzone w różnych odłamach chrześcijaństwa z około tygodniowym „przesunięciem”. Miesiące letnie? Piszę te słowa w lipcu, kiedy na dworzu temperatura za chwilę dobije niesamowitych 15 stopni Celsjusza. Umówmy się więc – jakie znaczenie ma fakt, kiedy ogarniasz temat postanowień noworocznych?

Ja, przez wiele lat robiłam nowe plany w grudniu. Potem, w maju, w okolicy urodzin, zawsze je weryfikowałam. To był ten czas, kiedy najwięcej zmian zachodziło na blogu. A potem, druga weryfikacja miała miejsce na przełomie sierpnia i września. Od pewnego jednak czasu, kiedy moje życie ściśle wiąże się z rytmem szkolnym moich dzieci, trochę się pozmieniało. Tak, wiem, że nie ja chodzę do szkoły, ale ja robię za kierowcę, organizatora, planistę, umawiacza… i w wakacje też jeździmy na terapie, na zajęcia – w zupełnie innych godzinach niż podczas szkoły. Dlatego w wakacje mam dużo mniej czasu dla siebie i na pracę. Dni są bardziej rozbite, mniej zorganizowane. Wprowadziłam więc korektę i teraz mój rok pracy wygląda inaczej: zaczyna się we wrześniu i trwa 10 miesięcy. Plany robię tak jak wcześniej – przed początkiem roku. Czyli w sierpniu.

Na przełomie grudnia i stycznia robię pierwszą weryfikację. Sprawdzam co mi się udało, na co kompletnie nie miałam czasu, a co jest już nieaktualne. Drugą taką weryfikację robię w maju. Urodziny w sumie to też dobry czas na nowe postanowienia. Jednak u mnie wszystko rozwalają wakacje, które są około półtora miesiące po urodzinach. Dlatego dla mnie dużo lepiej jest kiedy ten czas poświęcam na weryfikację. Mam ostatnie tygodnie, żeby dopiąć to, co jeszcze nie zostało zrealizowane, odpuścić ostatecznie to, co przestało być ważne i dać sobie nagrodę za to, co już osiągnęłam.

Tak jest mi o wiele wygodniej. Z założenia odpuszczam pracę w miesiącach, kiedy trudno jest mi cokolwiek przewidzieć. W tym roku sprawę mamy i tak nieco uproszczoną, ponieważ Irys w czerwcu zaczął pracę w nowym miejscu, a to oznacza, że jeszcze za wcześnie na spontaniczne urlopy jedno- cz dwudniowe. Na krótkie wypady zostają nam weekendy. Mimo to – dni i godziny terapii są ruchome i mogę planować coś z wyprzedzeniem maksymalnie tygodniowym. Do tego jestem w trakcie poszukiwań nowego psychiatry dla chłopców (wiecie, że psychiatria dziecięca w Polsce jest naprawdę w opłakanym stanie?) w całym województwie. Szukam też innych specjalistów, bo co chwilę jakiś lekarz odchodzi z przychodni. W związku z tym mamy trochę tzw „pierwszych wizyt”, które wypadają w różnych miejscach o różnych godzinach. Do tych wizyt trzeba się przygotować wcześniej i z reguły trwają dłużej niż jest to założone. Wakacje to dla nas organizacyjnie trudny czas. Dlatego wolę z góry pewne rzeczy odpuścić, niż później się frustrować.

Dziś takie planowanie jest dużo łatwiejsze niż jeszcze kilka lat temu. Coraz łatwiej dostępne są kalendarze nauczycielskie, które właśnie obejmują rok szkolny. Jednak dla mnie od dawna już kalendarze mogłyby nie istnieć. Robię sobie swój własny Bullet Journal.

To, wbrew temu co widać w mediach społecznościowych, jest bardzo proste. Wcale nie musi być w bardzo drogim notesie w kropki. Zeszyt w kratkę też się świetnie sprawdza. Z moją wadą wzroku nawet lepiej ;). Wcale nie musi być pełen pięknych akwareli, szkiców, obrazków. Ja nie umiem rysować, nie mam na to czasu i dla mnie liczy się przede wszystkim praktyczność rozwiązania (czy przez papier przebija pióro, czy zeszyt dobrze się rozkłada, żeby łatwo mi się pisało, czy jak wkleję kopertę, to potem będę mogła swobodnie pisać…).

Na zdjęciu widzisz trzy moje zeszyty z trzech różnych okresów. Każdy ma inną wielkość, jeden jest w kratkę, jeden w linie, a jeszcze jeden w kropki. Nadal nie znalazłam idealnego, więc ciągle eksperymentuję. Czasem piszę tylko piórem, czasem cienkopisami. Nie ma żadnych reguł. O nie, przepraszam, jest jedna – BuJo ma być dla mnie wygodne. Ma być w nim to, co potrzebuję. Dlatego mogę swobodnie korzystać z niego w różnych okresach czasu. Wiesz jaka jest jeszcze jego zaleta? Że nie muszę czekać do pierwszego stycznia, ani do pierwszego jakiegoś miesiąca, ani nawet do poniedziałku, żeby zaczynać nowy projekt, wdrażać nowy nawyk, czy po prostu – zrobić nowe postanowienie. Prowadząc swój własny kalendarz mam władzę nad czasem i sama ustalam który moment jest najwłaściwszy. Często jest to właśnie TEN moment. Przestałam odkładać rzeczy na później.