Tak mamy, że w lutym obchodzimy dzień po dniu urodziny dzieci. Najpierw Grześ, a potem Anielka. Oczywiście przechodzimy teraz etap całkowitego rozdziału – inni koledzy i koleżanki, inne zainteresowania (chociaż w zasadzie takie same, ale ciiii…. bo się zorientują 😉 ). Fajnie by było, żeby każde z nich miało swoje urodziny osobno, w fajnym miejscu (w restauracji, kinie, małpim gaju…). Ale dla nas temat było trudy i finansowo i logistycznie (mieszkamy na wsi – najbliżej mamy około 15 km do takich miejsc. O ile dowiezienie naszych dzieci to niezbyt wielki problem, to dowiezienie gości to już wyższa szkoła logistyki. Bo nie każdy z rodziców dysponuje czasem i samochodem. Tym bardziej, że w między czasie nasze pozostałe dzieci miały “normalne” zajęcia i terapie. Finansowo też mocno byśmy to odczuli, ponieważ dwie imprezy pod rząd to już konkretny wydatek.

W związku z tym postawiliśmy na kreatywność.

Jak zwykle zresztą…

Postanowiliśmy dzieciom zorganizować urodziny w kuchni. Kuchnia w naszym domu jest dość spora i chyba najbardziej neutralna. Przygotowaliśmy jeden wspólny scenariusz dla obu grup dzieci. Z lekkimi modyfikacjami (w końcu siedmiolatkowie i pięciolatkowie odrobinę się różnią).  Przygotowaliśmy kuchnię, przygotowaliśmy materiały i przez tydzień przygotowywaliśmy się psychicznie na dwa przyjęcia, każde po około 10 osób. A było to tak:

Całość obliczyliśmy na trzy godziny.

Na wejście dzieci dostały tort i słodkie przekąski. Po torcie zaczęło się szaleństwo. Mieliśmy przygotowane kartoniki w różnych kształtach, pudełka, farby, kleje, naklejki, kredki, pisaki i najróżniejsze ozdoby. Rodzice od razu zostali uprzedzeni, że dzieci wrócą raczej… brudne, a więc pozwalaliśmy na malowanie palcami, na wszelkie niekonwencjonalne wykorzystywanie różnych materiałów. Zabawa była przednia. Tym bardziej, że przerywaliśmy ją konkursami ruchowymi (taniec z woreczkiem na głowie, najwyższy podskok, czy stanie na jednej nodze). W konkursach można było zdobyć medale. Przygotowaliśmy je dzień wcześniej – wydrukowane na papierze, wycięte i naklejone na kawałek dwustronnej taśmy klejącej. Dodatkowo chłopcy, którzy przyszli do Grzesia, zdążyli się jeszcze pobawić autami. W między czasie robiliśmy chętnym zdjęcia, a każdy kto chciał, mógł mieć pomalowaną twarz specjalnymi kredkami.

Na koniec dzieci dostały kolację. Najzwyklejsza w świecie domowa pizza z szynką i serem oraz domowe frytki zrobiły furorę. Oczywiście – trochę trzeba było popracować przy przygotowaniu, ale radość dzieci i ich apetyt świadczyły o tym, że warto było.

Wychodząc, każde dziecko zabrało ze sobą swoje prace, swoje medale i garść balonów. Zarówno solenizanci, jak i ich goście, świetnie się bawili i byli zachwyceni. Co bardzo nas cieszyło, ponieważ taką imprezę robiliśmy pierwszy raz. Ale na pewno nie ostatni.

Podsumowując – finansowo wyszło nas to o wiele mniej niż pojedyncza impreza w lokalu. Tort domowy (moje dzieci mają dużo ograniczeń żywieniowych) – a dokładniej zwykłe ciasto w okrągłej formie ze świeczkami. Zamiast biszkopta z mega przesłodzonymi kremami coś własnego, domowego, co dzieci zjadły z apetytem.

Zaproszenia robione przez dzieci. Po prostu.

Balony kupione w dużych ilościach – było taniej. Pompowane przy pomocy inhalatora. Co prawda od kilku lat nie palę, ale jednak balonów było ponad 100. Inhalatorem poszło w godzinę.

Ozdoby, medale, scenariusz – wszystko wymagało pracy, ale bez przesady. To całkiem przyjemna praca.

Kartoniki, naklejki, papier kolorowy, kleje, farby, kredki do malowania twarzy – to są rzeczy, które u nas w domu po prostu są zawsze i w dużych ilościach. Jedynie kupiliśmy pudełka składane – 50 szt za około 20 zł. Zostało nam jeszcze bardzo dużo i wykorzystujemy je do teraz.

Kolacja. Robienie pizzy i krojenie ziemniaków jest bardziej pracochłonne niż zamówienie gotowców, ale z kolei mniej pracochłonne niż kanapki. Miałam tu duży dylemat. Ale zapytałam solenizantów. Dowiedziałam się, że kanapki są codziennie, a pizza i frytki nie. No więc stanęło na niezdrowym, ale jednak domowym fast-foodzie.

A wszystko wyglądało tak: