Jakie masz plany na Nowy Rok?

Masz jakieś postanowienia na Nowy Rok?

Ja nie mam.

Nie dlatego, że są mi niepotrzebne. Ale dlatego, że okres świąteczno-noworoczny w moim przypadku wcale nie jest czasem spokoju, medytacji, zakładania nowych kalendarzy, kaligrafowania w zeszycie pięknych postanowień. W naszym domu to czas chaosu, chorób (święta bez przynajmniej jednego chorego dziecka są “niezaliczone” jako święta), spontanicznych wycieczek (w zależności od proporcji dzieci zdrowych do chorych) i jęczenia, że jak jest wolne, to nie ma śniegu. No, w tym roku też nie było. Za to spadł wczoraj, kiedy 2/3 naszych dzieci powędrowało do szkół. Jedno zostało, ale zamiast bawić się na śniegu pojechało do lekarza po antybiotyk. I tak nici z zabawy w białym puchu.

Odkąd moje najstarsze dziecko rozpoczęło naukę w szkole, mój “Nowy Rok” zawsze zaczyna się we wrześniu. I im więcej dzieci weszło w ten system, tym bardziej przekonałam się do tego rozwiązania. Dlatego, pomimo, że nie jestem nauczycielem, od kilku lat moim bazowym kalendarzem jest terminarz nauczycielski i do tego mój własny Bullet Journal. Planowanie zaczynam od września. Wtedy określam sobie nowe cele, układam plan ich realizacji. W okresie adwentu, kiedy po prostu zwalniam, robię szybkie, małe podsumowanie i, jeśli jest taka potrzeba, wracam na właściwe tory. Potem następuje świąteczno-noworoczny chaos, po którym, zwykle po chwili oddechu (właśnie go łapię) nadchodzi nowy chaos. Tym razem związany z feriami. Potem znów oddech i Wielki Post. A w nim znów małe podsumowanie i powrót na właściwe tory.

Aż do maja. Wtedy dopada mnie urodzinowa melancholia. Bardziej skupiam się na tym co zrealizowałam, czego nie, a co jeszcze chciałabym zrobić. Z czym przyspieszyć, a z czym odpuścić, jakie rzeczy są dla mnie ważne, a jakie straciły znaczenie w ostatnich miesiącach. Wówczas mam niecałe dwa miesiące na to, co zostało do zrobienia. Bo potem przychodzi czas wakacji. Ten czas, kiedy przestaję być taksówkarzem, a zaczynam być animatorem. To zupełnie tak, jakbym dwa miesiące w roku spędzała w innej rzeczywistości. Łapię oddech, ładuję akumulatory i znów zaczynam od września.

Taki tryb życia odpowiada mi o wiele bardziej. Jest dla mnie bardziej naturalny, niż ten od stycznia do grudnia. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak nie będzie zawsze. Moje dzieci kiedyś pokończą szkoły, wyprowadzą się (oby) i moje życie się zmieni. Ale to będzie kiedyś. W przyszłości. Nie jestem teraz w stanie przewidzieć tego co się będzie działo za 10 czy 15 lat, więc to zostawiam. Żyję tu i teraz. I tak, jak mnie jest wygodnie, a nie tak, jak “wypada”, albo “jak wszyscy”.

Tobie też radzę – znajdź swój rytm, dopasuj go do życia rodzinnego (albo odwrotnie) i nie daj sobie wmówić, że jeśli nie zaplanujesz, że od stycznia chodzisz na siłownię, albo zaczynasz dietę, to niczego nie osiągniesz. Każdy dzień jest dobry do tego, żeby zacząć realizować swoje cele. Zacznij wtedy, kiedy tobie jest najwygodniej.

I jeszcze jedno – nie planuj za dużo. Zrób sobie listę maksymalnie kilku celów. W moim przypadku jest ich osiem – każdy związany z inną dziedziną życia. Każdy inny. Dla ciebie może być ich pięć, albo jeden. To już jest mało istotne. Ale dzięki temu, będziesz mogła spełniać swoje marzenia. Bo przecież o to w tym całym planowaniu chodzi, prawda?